MUZEUM KULTURY ROMÓW W WARSZAWIE

 

Nazywam się Andrzej Grzymała-Kazłowski. Jestem założycielem i właścicielem Muzeum Kultury Romów w Warszawie. Muzeum działa na podstawie decyzji Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z dnia 16 maja 2013 r. w sprawie uzgodnienia regulaminu Muzeum. 

 

Ze środowiskiem romskim jestem związany od blisko 20. lat. Problematykę romską zgłębiałem teoretycznie (magisterium z zakresu cyganologii na kierunku Nauki Polityczne Uniwersytetu Warszawskiego) jak i praktycznie (m.in. jako współpracownik tygodnika „POLITYKA”). W latach 2001 – 2010 byłem głównym specjalistą do spraw romskiej mniejszości etnicznej w Wydziale Mniejszości Narodowych i Etnicznych Ministerstwa Spraw  Wewnętrznych i Administracji. Jestem m.in. współautorem rządowego Programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce, odpowiadałem za jego wdrożenie oraz koordynację na szczeblu centralnym. W latach 2006 – 2014 byłem ekspertem oceniającym wnioski składane do realizacji w ramach tzw. komponentu romskiego (Poddziałanie 1.3.1 Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki). Obecnie jestem niezależnym ekspertem i badaczem problematyki romskiej

 

Zbiór cyganologiczny będący fundamentem Muzeum powstawał od początku lat 90. XX w. Kolekcja powiększała się z upływem lat oraz pogłębianiem się osobistych kontaktów z samymi Romami, kolekcjonerami, antykwariuszami, a także wraz z rosnącą liczbą podróży, szczególnie na Bałkany. Dziś kolekcja Muzeum Kultury Romów, to unikalny w skali kraju – największy pozostający w rękach prywatnych – zbiór cyganaliów. W skład kolekcji wchodzi około 3000 obiektów, m.in. dokumenty historyczne, wśród których jest jeden z najstarszych zapisków dotyczących Romów w Europie – karta z hasłem „Zigeuner” z wydanej w 1561 r. w Bazylei Cosmographiae universalis libri III "Von dem Deutschen Land" Sebastiana Münstera, pruskie i austriackie XVIII-wieczne akty banicyjne, niemieckie dokumenty z okresu II WŚ oraz liczny zbiór fotografii z tego okresu. Kolekcje tworzy także zbiór malarstwa: prace artystów polskich, rumuńskich, czeskich z początku XX w., prace współcześnie działających artystów romskich, liczne grafiki, litografie, druki. Klejnotami koronnymi kolekcji są dwa wagonowe wozy wędrownych Romów z przełomu lat 50. i 60. XX w. W Polsce przetrwało  tylko kilkanaście wozów tego typu (w tym 5. w Muzeum Okręgowym w Tarnowie). Zbiory etnograficzne uzupełniają przykłady romskiego rzemiosła i rękodzieła – kotły, patelnie, elementy strojów romskich, biżuteria.

 

Część zbiorów była pokazywana na kilku wystawach w Polsce, jednak przede wszystkim były to wyjątki z kolekcji grafik i widokówek. Ikonografia publikowana była w romskich periodykach „Romano Atmo”, „Romano Dźipen”, „Kwartalnik Romski”, w albumach „Małopolska Przed stu laty”, „Romowie w sztuce”, katalogach grupy artystycznej „Romani Art”, w książkach „Papusza” Angeliki Kuźniak, „Cyganie na polskich drogach” i „Demony cudzego strachu” Jerzego Ficowskiego. Ikonografia wykorzystana była także przy tworzeniu koncepcji wizualnej, scenografii i kostiumów filmu „Papusza” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze. Wóz od 2007 r. każdego roku włącza się w organizowany przez Muzeum Okręgowe w Tarnowie Międzynarodowy Tabor Pamięci Romów.

 

Celem Muzeum jest nie tylko gromadzenie i udostępnianie zbiorów, ale także  propagowanie rzetelnej wiedzy na temat historii, tradycji, kultury Romów oraz szeroko rozumianej problematyki związanej ze społecznością romską w Polsce i na Świecie.

 

 

MISJA

Kolekcjonerstwo to przedsięwzięcie tyleż szlachetne i pożyteczne, co niebezpieczne. Niejednokrotnie oddala ono kolekcjonera od rzeczywistości, niszczy więzi społeczne z rodziną, dalszym otoczeniem, prowadząc słabsze jednostki do ogólnej rujnacji i chorób, z umysłowymi na czele. W Polsce legendą i wzorem kolekcjonera pozostaje Feliks Manggha Jasieński, dzięki któremu Kraków posiada dzisiaj fenomenalną kolekcję japońską. Inwestował w zbiory fortunę przeszłych pokoleń ziemiańskiej rodziny Jasieńskich, ale potrafił też ukraść z pracowni artystów lub mieszkań swoich bliższych czy dalszych znajomych, nawet dużych rozmiarów płótna. Jeśli taka była potrzeba chwili, pakował obraz razem z ramą pod młodopolską pelerynę, będąc święcie przekonanym, że nikt tego nie zauważy. Znane są opowieści o spotkaniach kolekcjonerów na pogrzebach osób z branży, gdzie żal po stracie kolegi łączy się z satysfakcją po zniknięciu konkurenta i radosnym oczekiwaniem na wypłynięcie na rynek zbiorów kolegi-nieboszczyka.

Wśród nich (kolekcjonerów, nie nieboszczyków) są tacy, co samotnie przeżywają uniesienia, zamknięci ze swoimi skarbami za spustami i zasłonami, jak i ci, którzy chcą się dzielić i cieszyć z innymi swoim wariactwem. To oni właśnie, obok ludzi możnych i bogatych,  dawali początek wielu dzisiejszym muzeom udostępniającym zbiory starożytności, natury, sztuk i rzemiosł wszelakich, po guziki i broń sieczną dwu i jednoręczną kończąc.

Czy piszący te słowa jest wariatem? Do której z wyżej opisanych grup można go i jego zbiór zaklasyfikować? Dokąd zmierza? Ku chwale czy upadkowi? Spróbuję pokrótce wyjaśnić.

Wszystkiemu winien jest Paweł Lechowski pospołu z moimi rodzicami. Rodzice, bo wychowali mnie w domu pełnym rzeczy starych i nie zawsze potrzebnych. Będąc w mieszkaniach moich kolegów zawsze dziwiły mnie puste ściany. U nas każdy centymetr, niedużego wprawdzie mieszkania, zajęty był obrazami moich malujących dziadków, tu malarstwo, tam ryngraf i kapliczka, tu niewiadomoco. No i od dziecka praktykowaliśmy wyprawy na warszawskie Koło, targ staroci, z którego zdarzało się wracać z kolejnym niepotrzebnym, ale ładnym sprzętem czy meblem. Sam też od dziecka czułem dziwną przyjemność pisania 40. letnim piórem, patrzenia przez nadużytą przez czas lunetę, lub nagle pojawiała się potrzeba kupienia wielkiego srebrnego widelca do mięs, którego nigdy potem nie użyłem.

A Paweł, bo pchnął mnie w otchłań kolekcjonerską już ściśle cyganofilską. On był katalizatorem tego, co podejrzewam, i tak było mi to pisane. W 2001 r. miałem już sporą bibliotekę cyganologiczną, trochę archiwalnej prasy, ale raczej nie w głowie było mi wtedy wydawanie urzędniczej pensji na „te rzeczy”. Znając budowaną od kilkudziesięciu lat kolekcje Pawła, pewnego razu zadzwoniłem do niego, że jest do wzięcia ładny drzeworyt z połowy XIX w. – „Cyganie” wg obrazu Franciszka Kostrzewskiego. Paweł nie miał pieniędzy, a mnie  zaświtała myśl, że mógłbym przecież powiesić ten drzeworyt u siebie w pokoju.  No i powiesiłem. Potem były kolejne, aż do zajęcia wszystkich wolnych powierzchni. Obrazy, rysunki, grafiki, pocztówki, fotografie i co tam jeszcze.

Oczywiście nie chodzi tylko o estetykę. Wchodząc w połowie lat 90. na cygańską ścieżkę miałem wrażenie, że poza literaturą i operetkowymi przedstawieniami Cyganów, rzeczy artystycznie i historycznie wartościowych i ważnych jest stosunkowo niewiele. Nie bez powodu wydawało mi się, że w Polsce, ale i w Europie wciąż taką wyjątkową placówką jest Muzeum Okręgowe w Tarnowie ze swoim oddziałem etnograficznym poświęconym Romom. Jest to prawda, ale nie cała. Oczywiście, materialne dziedzictwo Cyganów jest z powodów obiektywnych mniejsze, tak jak mniejszością są sami Cyganie w morzu narodów Europy. Jest mniejsze także dlatego, że sami Cyganie nie wiązali i wciąż nie przywiązują szczególnej wartości do dziedzictwa materialnego. Nie zapisywali ksiąg, nie budowali kościołów, pałaców, ratuszy, galerii i muzeów gromadzących „rzeczy” świadczące o historii, chwale, tożsamości narodu. Kultura Romów związana jest z zupełnie innymi wartościami i zjawiskami. Ukierunkowana jest na podtrzymywanie więzów grupowych i obronę przez zagrożeniami płynącymi z zewnątrz ‑ często w swojej historii, po prostu na przetrwanie we wrogim otoczeniu. W takiej sytuacji pozostawienie po sobie pamiątek kultury nie będzie kwestią pierwszorzędną. Nie bez znaczenia jest także mobilność i zwykła bieda, także nie ułatwiająca tworzenia i gromadzenia rzeczy. Liczy się tu teraz. To co będzie jest nieznane, a to co było już odeszło i nie warto do tego wracać.

Gromadzili ci, którzy Romów oglądali, czasami poznawali. W swoich kronikach i na swoich obrazach uwiecznili Cyganów, takich jakimi widziały ich oczy i ich rozum, tak więc nie zawsze rozumnie. Dzisiaj sztuką jest odnaleźć te ślady, zweryfikować, opisać i pokazać. One ciągle gdzieś są. Szczególnie dużo powstało na przełomie XIX i XX w., kiedy zainteresowanie egzotycznymi przybyszami było największe. Obrazy, ryciny, druki, Europa pełna była Cyganów malowanych przez artystów nie bez kozery utożsamianych z cyganerią. To dzisiejsze czasy, wbrew pozornemu zainteresowaniu „problemem” cygańskim, są w moim odczuciu pozbawione tego życzliwego często zaciekawienia i fascynacji charakterystycznej dla przełomu poprzednich wieków. Po stu latach kolejne wzmożenie migracyjne Romów w Europie natknęło się raczej na  niechęć i obojętność podszytą pogardą. Nikt już nie tęskni do „cygańskiego życia”, w nikim nie budzi się „cygańska krew”. Oczywiście zmieniły się także artystyczne narzędzia i myślenie o sztuce. Stąd dziś mamy raczej do czynienia z reportażem fotograficznym, filmowym, czy akcją artystyczną artysty „krytycznego”. Co z tego zostanie? Dziś jeszcze nie wiadomo.

Tak więc od wielu już lat tropię ślady dawnych wędrówek, życia Romów od Indii po Amerykę. Najstarszy dokument, który udało mi się zdobyć to fragment wydanej w 1561 r. w Bazylei Cosmographiae universalis libri III "Von dem Deutschen Land" Sebastiana Münstera z opisem Cyganów/Egipcjan. Jest to pojedyncza karta dwustronnie zadrukowana w języku niemieckim i opatrzona drzeworytniczym, jednym z najsłynniejszych wizerunków Cyganów. Niestety, trzeba też przyznać, że wyjęcie pojedynczej karty z tzw. klocka łączącego karty dzieła w całość, jest przejawem archiwistycznego barbarzyństwa. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że ktoś rozdzielił te karty wiele lat wcześniej, a ja zadbałem jedynie, żeby tak rzadki druk przyjechał ze Stanów Zjednoczonych do Polski, a nie trafił do przypadkowej kolekcji kogoś, kto nie zna kontekstów hasła „Zigeuner”, a interesują go np. techniki starodruku czy drzeworytnicze. 

 1. Cosmografia Sebastiana Münstera,

           

Kosmografia, czyli opisanie świata, było ówczesną encyklopedią. Sebastian Münster wymieszał odrobinę prawdy z kłamstwami i najgorszymi oszczerstwami rzucanymi na Cyganów, przedstawiając ich jednoznacznie w czarnym świetle. Niestety zaraził swoim opisem tysiące ludzi, którzy przez kilka wieków sięgali do kolejnych wydań szukając prawdy o świecie, w którym obok Cyganów żyły człowiecze stwory z głową wilka i ludzie z olbrzymią stopą. Ksiądz Benedykt Chmielowski pisząc swoje Nowe Ateny, słynne hasłem „koń, jaki jest każdy widzi”, opisując Cyganów także i niestety czerpał pełnymi garściami z Münstera.

Interesująca jest także karta z 1694 r., której połowę zajmuje drzeworyt uzupełniony niemieckim tekstem opisującym pojawienie się Cyganów w Niemczech w 1429 r. Opis mówi o egipskim pochodzeniu przybyszy oraz o wędrówce, która wynika z nakazu siedmioletniej pokuty. Opisuje się Cyganów jako ludzi bogatych i przyjaźniących się z ludźmi możnymi. Sama grafika przypisywana jest Jacques`owi Callot. Rzeczywiście jest bardzo podobna do jednego z rysunków z cyklu, który wędrownym Cyganom poświęcił ten genialny francuski grafik. Jest to scena postoju i przygotowywania posiłku. No cóż, nie sposób nie zauważyć, że w dalszym planie, jakieś domostwo właśnie traci swój dobytek. Podobny obrazek widzimy też na opublikowanym w 1820 r. drzeworycie przedstawiającym wędrownych Cyganów w Szwajcarii, tyle, że tym razem nie kradną, jedzą natomiast, pardon, szczury i koty. 

2. Jacques Callot 1694 r.

 

Obok Münstera do ważniejszych dokumentów jakie posiadam zaliczam dwa edykty banicyjne. Jeden to austriacki, cesarski edykt z początku XVIII w. przypominający wcześniejsze przepisy wymierzone we włóczęgów, w tym Cyganów. Drugi to podobny w treści edykt wydany w Berlinie w 1721 r. dla Królestwa Prus. To między innymi te właśnie ustawy i brutalna antycygańska polityka Austrii i Prus były powodem ucieczki do Polski Cyganów, którzy dziś samoidentyfikują się jako Polska Roma.

W drugiej połowie XIX w. rozsypuje się róg obfitości. Artyści całej Europy biorą na  sztalugi wędrownych Kełderaszy i Lowarów, którzy wtedy właśnie podbijali Świat. Ale postromantyczne i findesieclowe tęsknoty kierują malarzy także do pełnych egzotyki cygańskich mahali w miastach dopiero co wyzwolonych spod tureckiej niewoli Bułgarii i Serbii, ale także do rozpaczliwie biednych ale i jednocześnie sielsko-wiejskich osiedli rozsianych od Bałkanów po polskie Karpaty.  

To właśnie z tego okresu pochodzi większość ikonografii w mojej kolekcji. Ponad sto grafik, głównie z lat 80. i 90. XIX. Upowszechnienie druku oraz marketingowy pomysł wydawców związany ze sprzedażą tek zawierających zazwyczaj kilkanaście prac gotowych do oprawienia, spowodował, że grafika ze sceną rodzajową z życia Cyganów, nie była wtedy wcale rzadkością. Grafiki były także dołączane bądź po prostu drukowane w coraz popularniejszych magazynach ilustrowanych. W Polsce stosunkowo regularnie Cyganie pokazywali się na łamach „Kłosów”, „Tygodnika Ilustrowanego”, „Roli” czy „Biesiady Literackiej”. Tematowi cygańskiemu ulegli najważniejsi polscy artyści. Szczególnie był on popularny wśród chętnie wychodzących w plener i malujących z natury artystów z kręgu Monachium. W kolekcji posiadam grafiki wykonane m.in. na podstawie prac Antoniego Kozakiewicza, Franciszka Streitta, Stanisława Masłowskiego, Leona Wyczółkowskiego, Jana Styki, Franciszka Kostrzewskiego, Henryka Pillatiego, Ludwika Kurellego, Artura Grottgera, Juliusza Kossaka, Antoniego Piotrowskiego, Wojciecha Weissa i innych. 

Większość tych przedstawień to świadectwo życzliwości i zaciekawienia tym dziwnym i egzotycznym, choć często przecież biednym i niewesołym światem. Jednym z takich obrazów jest „Malarz na studiach”, znany też jako „Artysta w plenerze” Antoniego Kozakiewicza. Jeden z wielu wspaniałych obrazów tego artysty przedstawiających Cyganów z okolic Szczawnicy i Krościenka. Dodajmy na marginesie, że piszący te słowa kilka lat temu wybrał się na licytację obrazu Kozakiewicza „W obozie cygańskim”. Cena sięgnęła 130 tys. zł, ale to nie ja niestety podałem ostatnią wywołaną kwotę. Proszę zapamiętać, pierwszym przykazaniem  kolekcjonerskiego BHP jest zawołanie: nie można mieć wszystkiego! Choć po cichu możemy dodać, że trzeba się starać.

3. Odważny artysta, Antonii Kozakiewicz.

 

Wróćmy jednak do „Malarza na studiach”. Cóż widzi widz na obrazie? Sielską scenę tchnącą spokojem i pogodą ducha. Jest artysta przy sztalugach, jest pozująca dziewczyna z dzieckiem na ręku i są zaciekawieni nim i jego pracą Cyganie, dla których taki malarz i jego malowanie jest pewnie równie zagadkową atrakcją, jak i vice versa. Ale co widzi dziennikarz „Biesiady Literackiej”, która w numerze z 19.IV.1895 r. opublikowała tę grafikę? Przytoczmy w oryginale i w całości, bo takie curiozum zasługuje na zauważenie, jakie robaki ludzie mogą mieć w głowach: „Nie lada odwagi potrzeba, żeby tak spokojnie malować w obozie cygańskim, jak to czyni artysta przedstawiony na naszym rysunku. Na około niema nikogo, oprócz Cyganów, a tym błyszczą oczy złowrogo i usta wykrzywiają się szyderczym uśmiechem. Zdaje się, że idylla artystyczna skończy się rabunkiem lub dobrowolnem oddaniem przez malarza wszystkiego, co przy sobie i na sobie posiada. Cyganie, którzyby się inaczej z nim obeszli, należeliby do rasy zwyrodniałej, która ku cywilizacyi się skłania; ani jednej istoty z całego grona o podobną dążność posądzić niepodobna. Tylko patrzeć jak para cygańska, leżąca tuż za artystą, dobierze się do jego kieszeni i wypłaci sobie honoraryum, za pozowanie do obrazu.”

Powyższy tekst jest na szczęście drastycznym wyjątkiem, choć przyznajmy też, że znamy tylko kilka tekstów z epoki, które można dziś czytać bez wstydu, jednak raczej z uwagi na ignorancje piszących, niż ich złą wolę. Zazwyczaj, może na szczęście, grafiki i obrazy publikowane były bez komentarzy, dzięki czemu oglądający sam mógł wyciągnąć wnioski kogo i co widzi. 

Początek XX w. to wspaniały rozwój poczty i widokówek zwanych także pocztówkami. Obserwując ogrom tematyczny uwieczniony na widokówkach z tego okresu, nie można wyjść z podziwu. Znajdziemy tam całą historię sztuki, architektury, świat zwierząt i roślin, pejzaże i miejskie place, bohaterów żyjących i zmarłych, no i etnografię całego świata. Panna młoda z Kocierzewa w stroju łowickim i gauczo na argentyńskiej Pampie. Najdalszy ląd i lud został sfotografowany i opublikowany na pocztówce. Wśród nich Cyganie.

4. Wędrowni Kełderasze, litografia, bez obiegu, circa 1900r.

 

Nigdy nie policzyłem wszystkich moich pocztówek. Myślę, że jest ich około 400. Gros z nich zostało wydanych między 1895. a 1918 r. Szczególnie ciekawe są te fotograficzne, w dużej części publikowane na podstawie zdjęć wykonywanych przez żołnierzy armii państw centralnych, opieczętowane stemplami „feldpostów” wszystkich bałkańskich frontów I Wojny Światowej. Na zdjęciach odnajdziemy tabory wędrownych Kełderaszy, Lowarów, Polskiej Romy, zdjęcia cygańskich mahali w Macedonii, Bośni i Hercegowinie, Serbii, Bułgarii, Grecji, Turcji, osiedla Besarabii, ukraińskiego Zakarpacia, hiszpańskiej Andaluzji, rumuńskiej Bukowiny, polskiego Podhala i wszystkie te miejsca gdzie mieszkali lub pojawiali się Romowie – od Rosji po Hiszpanię. Druga część kolekcji to malarstwo –  portrety, sceny rodzajowe malowane z natury, często przez doskonałych artystów i mniej cenne, ale też ciekawe, czasami kiczowate malarstwo spod znaku „co artysta sobie wyobrażał, kiedy myślał o Cyganach (choć raczej częściej o Cygankach).

Zdecydowanie to pocztówki właśnie dają najwszechstronniejszy ikonograficzny obraz życia Cyganów przełomu wieków XIX i XX. Zdjęć wykonywanych przez indywidualnych fotografów jest mniej, choć ciągle wypływają z rodzinnych archiwów. Trzeba tylko umiejętnie obserwować giełdy, antykwariaty, przejrzeć przypadkowe albumy z fotograficznymi wspomnieniami z mieszczańskich wakacji gdzieś na wsi – czasami między plażą na Krymie, a wizytą u wód w Druskiennikach, kryją się etnograficzne skarby. Z takich wyjątkowych zdjęć posiadam oryginał bardzo znanego zdjęcia z 1900 r. „Cygan Marcin z familią w Krościenku nad Dunajcem”. Zdjęcie oglądane w cieple, przy dobrej kawie, zawstydza obrazem rozpaczliwej biedy tych ludzi.

5. Cygan Marcin z familią w Krościenku nad Dunajcem, 1900r.

 

W ogóle zdjęć z terenów Polski, porównując z Bałkanami, czy Węgrami, Słowacją i Czechami jest stosunkowo niewiele. Ale też i na polskich drogach Cyganów było po prostu mniej niż gdzie indziej. Mam jednak fotografie pięknej kełderaskiej dziewczyny z Wilna, rodziny Polskiej Romy w Zabłudowej pod Białymstokiem, odpoczywających Cyganów w krakowskim lasku wolskim, Jedlni pod Radomiem, obozowiska  Polskiej Romy w Kawczej koło Rawicza, czy orkiestry Romów Karpackich w Zakopanem, Krynicy, Niedzicy i jeszcze inne „łapiące” Romów przy domostwach, w wędrówce, pracy. 

Ważnym uzupełnieniem historii Romów są materiały prasowe z całej Europy, ale też co zrozumiałe, dla mnie najważniejsza jest prasa polska. Zbieram te gazety i magazyny skrupulatnie. Oczywiście, najwięcej jest doniesień typu Cyganka wyprowadziła z włościanina mieszkającego w gminie Przysucha, powiat kozienicki chorobę śmiertelną razem ze wszystkimi walorami w banknotach i złocie. Mamy też cykl korespondencji w 1929 r. relacjonujący w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”, głośny na całą Europę proces Cyganów – ludożerców z Koszyc. Wśród ludożerców miano odnaleźć Lucynę Sternfeld jakoby porwaną przez tychże Cyganów przed 10. laty w Łodzi. Lucyna, nie mówiąca już w żadnym innym języku niż „żargon cygański”, wpierw odmawiała ludzkiego mięsa, potem jednak po wpływem głodu miała się przemóc, a nawet przyzwyczaić. Po kilku miesiącach, jak to i dzisiaj bywa, ten sam IKC poinformował w małej notatce na 7. stronie, że co prawda do morderstwa w Koszycach doszło, nikt jednak nikogo nie zjadł, ani nawet nie zamierzał. Na marginesie niedawnej historii niebieskookiej dziewczynki odebranej Romom w Grecji, wkrótce spodziewam się, że w naszej prasie przeczytam nie tylko o Cyganach porywaczach dzieci, ale że współcześni nam Romowie zabiorą się wreszcie i w końcu za zjadanie jakiś Bogu ducha winnych gadźiów, oczywiście niebieskookich.    

Ale w tamtych czasach, największą uwagę mediów skupiali jednak nie ludożercy, ale Kełderasze z rodu Kwieków. Mam kilkanaście różnych artykułów, niektóre bardzo obszerne z licznymi zdjęciami, wywiady, prezentacje stanowisk przedstawicieli kełderaskiej „arystokracji” na temat powstania państwa cygańskiego, elekcji kolejnego króla, czy też jakim łajdakiem jest konkurent do tronu. Znajdujemy na zdjęciach sztandary, berła, pieczęcie z egipskimi symbolami, fraki i cylindry oraz chór śpiewaczy Cyganów towarzyszący elekcji Janusza Kwieka na stadionie warszawskiej Legii. Ale także pogrzeby i rozpacz bliskich po stracie Króla, męża, ojca, brata. Na zdjęciach widzimy tysięczne tłumy gapiów, szczelnie okupują ulicę i drzewa widoczne w kadrze – obserwują wchodzący na cmentarz wolski w Warszawie kondukt z trumną zastrzelonego w wyniku rodzinnego nieporozumienia Matejasza Kwieka.

6. Król Janusz Kwiek, „As” Nr 28, 11 lipca 1937r.

 

Te gazety, szczególnie wydania codzienne, publikowane na wyjątkowo podłym papierze, są w bardzo złym stanie. Zakwaszone zaczynają się rozpadać. Proces ten jest właściwie nieodwracalny, chyba, że doczekają się lepszych czasów, kiedy chemiczne odkwaszenie stanie się na tyle tanie, że już dostępne. Oczywiście mogą i powinny być zdigitalizowane. Jednak, nie wiem jak Państwo, dla mnie czytanie czegokolwiek z monitora komputerów nigdy nie zastąpi dotknięcia oryginału.

Ten walor mają także zdjęcia wojenne, to odrębny i szczególny fragment kolekcji. Jest ich kilkadziesiąt. Nie ma co ukrywać, żołnierz niemiecki obok doskonałego uzbrojenia regulaminowego często miał równie doskonałe aparaty Leica. Na większości z tych zdjęć nie widać grozy wojny. Często to wizyty „po pracy”, w osiedlach, czy obozowiskach cygańskich. Oczywiście jak zawsze, najwięcej jest zdjęć z Bałkanów, przede wszystkim z Rumunii, ale też innych, do czasu sojuszniczych państw – Bułgarii, Węgier i Słowacji. Żołnierze fotografują się z gospodarzami, wszyscy się uśmiechają, Niemcy częstują papierosami. Nie mam powodów nie ufać, że ten nastrój jest udawany i ustawiony pod kamerę. Z drugiej strony, tych strasznych momentów raczej nie fotografowali, ręce mieli zajęte innymi narzędziami. Są też zdjęcia przypadkowych spotkań, Cyganie obok kolumny wojskowej, idącej w kierunku na Saloniki, rodzina odziana w rozpadające się resztki ubrań i kryjąca się pod stogiem siana, tańczące dziewczynki gdzieś w Polsce, czy cygański skrzypek z Serbii, który odwrócony plecami do fotografa, gra oficerowi i żołnierzowi widocznym na drugim planie. Zdjęcia z podboju Czech, Polski, Ukrainy, Rosji, Jugosławii, Grecji.

7.  Rumunia, circa 1941r.

Wśród zebranych przeze mnie materiałów dokumentujących czas Zagłady Romów, udało mi się odnaleźć m.in. druk zarządzenia z grudnia 1940 r. wydany przez niemieckiego starostę powiatu Węgrów-Sokołów nakazujący odebranie niemieckich dokumentów i paszportów wszystkim Cyganom znajdującym się na terenie powiatu oraz wysiedlenie ich do powiatu siedleckiego. Najprawdopodobniej chodziło o niemieckich Romów i Sinti, którzy decyzją Heinrich`a Himmlera na początku 1940 r. zostali deportowani do Generalnego Gubernatorstwa. Dlaczego do powiatu siedleckiego? Może do getta w Siedlcach, które wyodrębnione właśnie w tym czasie było większe niż węgrowskie i sokołowskie? Innym jest dokument z lutego 1942 r. wydany przez wicestarostę powiatu starachowickiego wzywający burmistrzów w starostwie radomskim do „wyśledzenia miejsca pobytu cygana Arnolda Kiesewetter`a”. Pod każdym względem wyjątkowy jest album „Deutsches Vorfeld im Osten” wydany w Krakowie w 1941 r. Jest to wydawnictwo propagandowe prezentujące na kilkuset świetnie dobranych, spektakularnych fotografiach, rozwój Generalnego Gubernatorstwa pod kierownictwem dr. Hansa Franka. Mamy tam kwitnący kraj, bogate wsie i odbudowujące się miasta, ludzi wydźwigniętych z polskiej nędzy, którzy mogą znaleźć szczęście na robotach w Rzeszy. Mamy też cieszące się nowymi porządkami narody wschodu z Góralami i Ukraińcami na czele. Są jeszcze problemy, ale Żydów już zamknięto w gettach, no i są Cyganie, ale ci „też w miarę możliwości angażowani są do pozytywnych prac”. Nawet królowie cygańscy, zostali włączeni w to niemieckie dzieło. Ilustracją są zdjęcia wykonane w obozie w Bełżcu. Znamy je z publikacji w „Cyganach polskich” Jerzego Ficowskiego (Warszawa 1989) ze śladami kadrowania przez niemieckiego fotografa. Jednak, jeśli się nie mylę, nikt wcześniej nie opublikował informacji w jakim celu te zdjęcia były kadrowane i gdzie były opublikowane po raz pierwszy.

Czas PRLu także dokumentuje prasa i fotografie. Kilkadziesiąt tekstów z prasy centralnej i lokalnej. Są artykuły Jerzego Ficowskiego, w tym głośny tekst opublikowany w 1965 r. w tygodniku „Świat”, ostatecznie demaskujący Rudolfa Kwieka, jedną z królewskich figur biorących aktywny udział w przedwojennych przetasowaniach, jako konfidenta Gestapo. Liczne reportaże z okresu osiedlenia, utyskiwania i otrąbione sukcesy w realizacji polityki Partii i Państwa wobec prowadzącej nieuporządkowany społecznie tryb życia ludności cygańskiej. Ten okres opisują także oryginalne fotografie z całej Polski – Cyganie osiedleni w Bystrzycy Kłodzkiej w 1951 r., jeszcze taborowi wędrowcy na tle wozu i wróżka gdzieś na gruzach przepowiadająca lepszą zapewne przyszłość. Znakiem nowych czasów jest wóz cygański w pochodzie 1. majowym w Krakowie w 1967 r., ale także broszury i fotosy reklamowe zespołów estradowych, wśród nich najsłynniejszej „Romy” Nano Madziarowicza i Władysława Iszkiewicza, z autografami artystów z Witią Michajem jako solistą.

 8. Bystrzyca Kłodzka 1951 r.

Odrębną kategorią zbioru jest biblioteka. Zbiór literatury cyganologicznej liczy kilkaset pozycji. Z białych kruków posiadam wydania „Słownika Cyganów z Zakopanego Jana M. Rozwadowskiego” z 1936 r. i „Cygańszczyznę w >>Chacie za wsią<< Kraszewskiego” Edwarda Klicha z 1931 r. Oczywiście wszystkie wydania Jerzego Ficowskiego, całą podstawową polską i europejską literaturę cyganologiczną: Martina Block`a, Jean-Paula Cleberta, Waltera Starkie, prace Anity Geigges i Bernarda W. Wette, Rajko Djurica, Guenter`a Lewy`ego, Piotra Demetera i Leona Czerenkowa i oczywiście polskich „klasycznych” autorów, obok wspomnianego już Ficowskiego, książki i artykuły Adama Bartosza, Andrzeja Mirgi, Lecha  Mroza, Alberta Pawłowskiego, Tadeusza Pobożniaka. Liczne periodyki naukowe i branżowe (w tym bardzo interesujące pisma milicyjne przeznaczone do użytku wewnętrznego). Jest też spora półka z literaturą językoznawczą, z pracami Marcela Cortiade na czele, słowniki, rozmówki, elementarze, ale także albumy fotograficzne, katalogi, pisma ulotne: broszury, programy, plakaty, zaproszenia. Biblioteka naukowa uzupełniona jest pozycjami z nauk pomocniczych, etnologi, etnografii, antropologii, socjologii i historii, ze szczególnym uwzględnieniem historii Zagłady.

Biblioteka to także literatura piękna tworzona przez Romów lub im poświęcona. Zaczyna się operą w III aktach „Cyganie” Franciszka Kniaźnina (wydanie z 1828 r.) poprzez powieści sensacyjne i rewolwerowe z okresu międzywojennego, typu „Branka Cyganów” Ludwika J. Kurnatowskiego, przez poezję Gabriela Lorki, Papuszy, Karola Parno Gierlińskiego (obdarował mnie bibliofilskim klejnotem – kartami „Meteorów”, które były wzorcem drukarskim), Teresy Mirgi, wspomnienia Yana Yoorsa, Menyherta Lacatosa, Edwarda Dębickiego, reportaże Zdzisława Kazimierczuka po najnowsze książki Angeliki Kuźniak i Jacka Milewskiego. Poezja, powieści, opowiadania, baśnie i bajki, w końcu także ponad 200 płyt z muzyką Romów z całego świata oraz filmy.

Są jeszcze dwa bardzo ważne elementy kolekcji. Pierwszy, to kolekcja malarstwa. Nieduża i nie przedstawiająca może wielkiej wartości finansowej, ale ważna dla mnie z powodów subiektywnych, czysto prywatnych. Ponad 20. obrazów, w większości artystów nieznanych, ale obrazy, które po prostu mi się podobają. Królową kolekcji jest wspaniała postimpresjonistyczna „Cyganka z kartami”, olej na kartonie z początku XX w. sygnowany przez A. Atanasiu, malarza rumuńskiego z Brasov. Malarsko równie dobry i równie wiekowy jest portret cygańskiej pary namalowany olejem na palecie, sygnowany przez K. Siedlarza. Paletę tę kupiłem od Romów ze Zgierza, ze szczególnym upustem, po znajomości. Z tego samego okresu mam też kilka obrazów innych malarzy rumuńskich, czeskich, niemieckich, portrety, wędrujące tabory, obozowiska w naturze. Rarytasem są też dwa rysunki węglem na papierze wybitnej czeskiej artystki Bohumily Doleželovej. W Czechach nazywa się ją malarką smutnych oczu lub po prostu malarką Cyganów. Poświęciła im większą część swojej bogatej twórczości. Cykl wielkich płócien można oglądać w Muzeum Romskiej Kultury w Brnie, ale jej ilustracje zdobią też bogate edytorsko „Baśnie Cygańskie” wydane w 1960 r. w językach czeskim i francuskim. A ja mam akt Cyganki i szkic wędrujących przez miasto Cyganów. Inną, trochę odrębną częścią tej kolekcji jest malarstwo artystów romskich. To kilka pasteli Krzysztofa Gila, praca Małgorzaty Mirgi-Tas i ważna dla mnie ze wszystkich powodów kolekcja olejnych obrazów i rysunków mojej przyjaciółki Bogumiły Delimaty.

9. Maki, Bogumiła Delimata, olej na płótnie 2013r.

 

Last but not least, jest także zbiór stricte etnograficzny, liczbowo najmniejszy, kotły, patelnie, tygle, ośla podkowa (na szczęście) wykute rękoma Romów (ekspertyzy dokonał Paweł Lechowski najlepszy specjalista od rzemiosła cygańskiego), elementy ubioru, przede wszystkim chusty, ręcznie tkany strój oraz biżuteria kobiety Bandżara z Radżastanu.

Klejnotami w koronie są dwa wagonowe wozy wędrownych Romów z przełomu lat 50. i 60. XX w. Wyjątkowe i charakterystyczne dla wędrownych Romów w Polsce. Przetrwało ich nie więcej niż 15. Pierwszy z wozów, dla odróżnienia nazwijmy go małym wozem tykno wurden znalazłem w 2003 r. w Serocku niedaleko Warszawy. Poprzedni właściciel odkupił go od Romów, którzy kilka lat po osiedleniu mieszkali w Serocku. Skądinąd wiem, że w Serocku od zawsze zimowali i w końcu osiedlili się Kełderasze z rozległej rodziny Kwieków. W wozie były jeszcze dwa żeliwne kociołki do topienia cyny. Oczywiście, kotlarstwem parali się także Romowie z innych grup, jednak domniemywam, że jest to wóz Kełderaszy. Z początku nie zamierzałem kupować go dla siebie, chciałem tylko zadbać, żeby trafił w dobre ręce. Jednak, kiedy już zobaczyłem go w mrozie i śniegu, coś mnie tknęło pod żebrem i zacząłem dzwonić do rodziny z prośbą o pożyczki. Jego stan był średnio nie najgorszy, buda nienaruszona, trochę korników, malunki właściwie zniknęły, ale zarys motywu winorośli i pawia na każdej z burt oraz kilkanaście gwiazd na kiedyś granatowym suficie ciągle były widoczne. Potem musiałem wymienić drewniane elementy kranza i założyć nowe koła. Stare felgi od Fiata 508 przegniły, ale praktycznie cała buda i resorowane, kute ze stali podwozie jest oryginalne. Wóz reprezentuje raczej pojazdy klasy średniej. Jest trochę mniejszy i lżejszy od  tych najbardziej typowych ciężkich wozów z tzw. oberluftem. Ale też zdecydowanie lepiej sprawdza się w wędrówce, co sprawdziłem osobiście i wielokrotnie. Drugi wóz, dla odróżnienia nazwijmy go dużym – baro wurden pierwszy raz widziałem w Warszawie w połowie lat 90. Był wtedy częścią tzw. „Muzeum Królestwa Cygańskiego”, które bez powodzenia próbował stworzyć, świętej pamięci Wiesław Podgórski. Postać kolorowa, trochę szemrana, cyrkowiec-klaun, nieudany biznesmen i taki sam polityk. Podgórski jeszcze w latach 70. zaczął skupować cygańskie wozy, których spora liczba, po osiedleniu Romów, trafiła do cyrkowych zespołów. Miał m.in. z przepychem wyposażony wagon Kełderaszy, największy jaki kiedykolwiek widziałem, który był bardziej przenośnym mieszkaniem, niż wozem. Już w latach 2000. wozy trafiły na Forty Bema w Warszawie, gdzie miała ruszyć restauracja i klub muzyczny w cygańskim anturażu. Odbyło się kilka nieoficjalnych imprez, m.in. spotkaliśmy się tam z Panią Teresą Mirgą, która koncertowała na bankiecie inaugurującym działalność zapomnianego dziś projektanta mody Arkadiusa (to znów te asocjacje z bohemą). Potem wozy straciłem z oczu i po iluś latach dowiedziałem się, że Podgórski zbankrutował po raz kolejny, a resztki jego ostatniego przedsięwzięcia – Muzeum Kiczu – są  w Józefowie. Pojechałem tam natychmiast i znalazłem trzy wozy. Dwa w kompletnej i nieodwracalnej ruinie (jeden z nich spalony) i ten trzeci – baro wurden stojący sobie na łące.       Właścicielka terenu przejęła te resztki na poczet nieuregulowanych długów i za nic nie chciała rozstać się z wozem. Jeździłem tam przez trzy lata przypominając się niezłomnej, acz sympatycznej starszej Pani. Poznawałem przy okazji problemy prowadzenia stadniny koni, historię licznych kłopotów trapiących syna, ale też okazało się jak zwykle, że świat jest bardzo mały i mamy wspólnych znajomych. Podczas kolejnych odwiedzin powiedziała, że kręcą tu się różni w sprawie wozu, dają pieniądze, ale jeśli komuś zdecyduje się kiedyś go sprzedać, to tylko mnie, bo mnie polubiła i wierzy, że wozu nie zmarnuję! No i koniec końców dostałem telefon od syna, że mama zdecydowała rozstać się z wozem. Wóz niestety wymagał już remontu. W trakcie kilku lat obserwowałem, jak się degraduje, ktoś urwał część smoka, drzwi wyrwały się z zawiasów razem z kawałkiem wozu. To był ostatni moment i szczęście, że mogłem go zabrać i wyleczyć. Jest to bogato zdobiony wóz, najpewniej wykonany w Ostrowie Wielkopolskim, z klasycznymi czterema smokami, snycersko zdobiony motywami roślinnymi, z niskimi burtami, dużym ruchomym przeszkleniem i oberluftem. Niestety jeszcze Pan Podgórski postawił go na zupełnie nietrafionym podwoziu, z potwornie ciężkich kątowników i resorach chyba od STARa. Szukam więc starego podwozia, ale nie taka łatwa to sztuka znaleźć poprzecznie resorowane podwozie do takiego wozu.

10. tykno wurden, fot. Andrzej Grzymała-Kazłowski

 

Tylko dokąd te wozy jadą? Sam się zastanawiam. Wielkość i wartość zbioru już dawno przekroczyła rozmiary mojego małego mieszkania. Część zbiorów była pokazywana na kilku wystawach w Polsce, jednak przede wszystkim były to wyjątki z kolekcji grafik i widokówek. Ikonografia publikowana była w romskich periodykach, w albumach „Małopolska Przed stu laty”, „Romowie w sztuce”, katalogach grupy artystycznej „Romani Art”, a obrazy Bogumiły Delimaty mogą Państwo zobaczyć gdzieś w Polsce na wystawach malarzy tworzących tę grupę. Ostatnio z moich zbiorów skorzystali też wydawcy „Papuszy” Angeliki Kuźniak i wznowień kanonicznych prac Jerzego Ficowskiego „Cyganie na polskich drogach” i „Demony cudzego strachu”. Ikonografia pomocna także była autorom zdjęć, scenografii i kostiumów do filmu „Papusza” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze. Mały wóz, zdarza się, że towarzyszy wystawom, koncertom, a każdego roku kiedy w lipcu przychodzi czas Taboru Pamięci Romów razem z wozami Muzeum Okręgowego w Tarnowie wyrusza dre romano drom, w cygańską drogę.

Nigdy nie ukrywałem, że moją kolekcjonerską próżność łechce uznanie osób interesujących się historią Romów. Ale tak najzwyczajniej, to zawsze chciałem dzielić się tym bogactwem. Po prostu, cieszy mnie gdy ktoś z głową na karku i sercem we właściwym miejscu, może sensownie skorzystać ze zbiorów cygańskich, które zgromadziłem.

Dzisiaj jest to poważnie utrudnione nie tylko dlatego, że chętnych o ww. kwalifikacjach wcale nie jest tak wielu. Kolekcja jest delikatnie mówiąc, nieuporządkowana i rozproszona. Warunków technicznych do pracy z dokumentami (oddzielne biurko i krzesło) właściwie nie ma. Niektóre z dokumentów są w na tyle złym stanie, że praktycznie uniemożliwia to ich udostępnianie. Kolekcja przede wszystkim wymaga skatalogowania, zdigitalizowania i w niektórych przypadkach działań ratunkowych i konserwatorskich.

Doszedłem do wniosku, że przyszła już pora, aby się zinstytucjonalizować! Czas  stworzyć organizacyjną ramę kolekcji, czyli muzeum. Na początku tego roku rozpocząłem starania zmierzające do powołania do życia prywatnego muzeum. Efektem tych starań było uzgodnienie i akceptacja przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego regulaminu tworzącego Muzeum Kultury Romów w Warszawie. Muzeum jest „w organizacji”, co oznacza, że do czasu stworzenia stałej ekspozycji, ciężar działań ukierunkowany jest na budowę programu i samej wystawy. Celem muzeum jest gromadzenie, przechowywanie, konserwowanie, udostępnianie i upowszechnianie zbiorów związanych z historią i kulturą Romów. Struktura złożona jest z czterech działów: etnograficznego, sztuki, dokumentów oraz depozytów.

Tyle suche zapisy regulaminu. Kluczem ewentualnego sukcesu będzie wyjście poza działania organizacyjne, formalne i stworzenie żywego miejsca, w którym mogliby się odnaleźć znawcy i sympatycy tematu, ale i ludzie „przypadkowi”, dla których takie spotkanie może być otwarciem drzwi do nieznanego, a fascynującego przecież świata. Chciałbym, żeby było to miejsce, które służyłoby nie tylko muzealnemu gromadzeniu, ale też dawaniu.  

I jeszcze jedno wyjaśnienie. Kiedy rozmawiam czasem z moim cyganologicznym i muzealniczym mentorem Adamem Bartoszem i chwalę się, że znalazłem lub kupiłem kolejny obraz czy jakiś starodruk, ten mówi, że jestem nienormalny – ja z grzeczności oczywiście nie zaprzeczam. Choć mam też nadzieję, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda.

11. Romni i baro wurden, fot. Andrzej Grzymała-Kazłowski

 

Tekst został opublikowany pod tytułem „Muzeum Kultury Romów w Warszawie” [w:] Romowie 2013 pod red. B. Weigl, M. Różycka, Akademia Pedagogiki Specjalnej, Warszawa 2013.

Zadanie realizowane dzięki wsparciu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji udzielonego w ramach
Programu integracji społeczności romskiej w Polsce na lata 2014-2020